Dalen Helai

Description:

500px-Warforged.jpg
Zdarzyło mi się kiedyś przejazdem być w tym niegościnnym porcie o heroicznej nazwie Zatoka Krucjatora. Uwierzcie mi, to ostatnie miejsce na północy, w którym znajdziecie jakiekolwiek resztki cywilizacji. Tak czy inaczej znalazłem tam tawernę, gdzie mogłem się ogrzać, najeść i porządnie wyspać. Przy sąsiednim stoliku siedziało dwóch jegomościów, wyjątkowo nie byli oni marynarzami. Jeden z nich opowiadał swojemu towarzyszowi jakąś ciekawą historię, której niestety nie dosłyszałem, choć przyznaję, że starałem się, Na moje szczęście, obaj panowie poczęli się sprzeczać na temat tego, gdzie powinni się udać dalej. Wywnioskowałem, że podróżuje z nimi jeszcze jakaś dziewczyna, której imienia bardzo mocno starali się nie wymówić. Historia jednak zrobiła się o wiele, wiele ciekawsza, gdy wszedł on.

Obyście drodzy czytelnicy, nie uznali jej za twór pijanego włóczykija. Tak jak ją zapamiętałem, tak przekazuję Wam tą historię i przysięgam na oddech Stwórcy, że tak właśnie było. Dla efektu jednak, pozwolę sobie przyjąć rolę podchmielonego szypera, którego udawałem natenczas, aby nie zwracać na siebie ich uwagi.

Gdy go zobaczyłem, myślałem, że jego towarzysze gdzieś odnaleźli sprawnego żelaznego golema. Pomyślałem wtedy, że mieli cholerne szczęście, że udało im się przejąć nad nim kontrolę zanim ich przerobił na kotlety. Kogokolwiek ci dwaj eskortują, pewnie będzie bezpieczny, pomyślałem. Przecież trzeba być skończonym kretynem, żeby napaść na kogoś kto ma golema. Z drugiej strony, słyszałem kiedyś przyśpiewkę o głupim magu Galambadim, wiecie, “Arcymagus Galambadi miał golema ogromnego. Jeden z nich miał pałę durną, więcej było w koziej dupie, mówię serio, niż w tej tęgiej głowie myśli. Drugi zaś, o Bogowie, to był właśnie Galambadi.” Tak, to szło jakoś.*

No w każdym razie, niby to tylko przyśpiewka dla nawalonych tawernianych obszczymurów. Ale Galambadi daje się zabić na końcu przez własnego golema, bo siada i łamie grubą dupą (która nota bene rośnie mu przez, to że wszystko za niego robi właśnie golem) magiczną różdżkę, którą golema kontrolował. Golem dostaje szału, wgniata byłego pana w podłogę, kurtyna. No dobra, powiecie że jestem dziecinny, że to tylko symboliczne, że to taki sposób żeby biedni mogli sobie poprawiać humor co wieczór, drąc mordy i topiąc się w swoich smutkach. Tak. Takie z was chojraki. Ale jak obok was stoi dwa i pół metra ruchomego żelaza, to uwierzcie na słowo, że robi się wam ciepło. Ja przyznam bez bicia, zaniepokoił mnie. Omiatał wszystko tymi swoimi pomarańczowymi ślepiami, a jak przesuwał nimi po mnie, to miałem wrażenie, że liczy sobie tam w tej zakutej łepetynie, czy jestem wrogiem czy nie. I cholera, ciężko by mi się zasypiało tej nocy, jakbym sobie pomyślał, że może mu się coś ni stąd ni zowąd pomyli. A wtedy nie zdążę pewnie nawet pisnąć nim obudzę się w ciepłym objęciu Stwórcy.

Ale potem się to zmieniło. On stał tylko i gapił się na nich, podczas gdy oni sprzeczali się dalej. Nie zwracali na niego kompletnie uwagi, chociaż deski się pod nim uginały a wchodząc narobił tyle hałasu, że obudziłby zmarłych. Tyle że potem się odezwał. Powiedział – a pamiętam bardzo dobrze, bo z wrażenia prawie spadłem z ławy i poparzyłem sobie udo zupą – “Obaj jesteście w błędzie. Nikt jej nie ochroni, nikt jej nie wykorzysta. Tylko my możemy ją doprowadzić tam gdzie musimy ją doprowadzić – czyli w nieznane. Nikt sobie z nią nie poradzi. Ona sobie ze sobą nie poradzi. Nikt nie jest na nią gotowy. To nie jest kwestia przynależności, urzędów, ras, czy religii. To jest kwestia przeznaczenia. Nie mamy wyboru.”

W pierwszej chwili myślałem, że ktoś jeszcze z nami jest. Potem, że to jakaś sztuczka. Potem, że ktoś sobie robi głupie żarty – jeden z nich wyglądał mi na jakiegoś maga. Ale oni spojrzeli na tą dwu-i-pół metrową górę żelaza, tak jakby przybił ich wątpliwości do tablicy ze znakiem “sprawy zakończone”. Nie było w tym ani gniewu, ani gróźb. Nie, po prostu powiedział, coś co brzmiało tak, jakby było oczywiste, a czego oni nie chcieli uznać za prawdę. W tym metalicznie brzmiącym głosie było coś tak spokojnego i cierpliwego, że nie można było go zrozumieć opacznie. Można się było jedynie zgodzić. Tak jakby mówił sam czas. Tyle, że to był żywy golem! Nie, nie golem. Żywy… ktoś. Czujący i myślący ktoś, zaklęty w wielkim, metalowym ciele. Ale nie bałem się go już, bo wiedziałem, że w środku, gdzieś tam głęboko w środku, pod tymi wszystkimi warstwami zbroi, metalu i bogowie wiedzą jakich misternych mechanizmów, jest żywa dusza.

Nie miałem i do tej pory nie mam pojęcia o czym oni rozmawiali, ani kim była ta dziewczyna, tak dla nich ważna. I choć spałem w innym pokoju niż oni, bez własnego strażnika, i w razie czego nie miałbym nawet prawa liczyć na pomoc z ich strony, to czułem się bezpiecznie. Świadomość tego, że ta potężna istota jest o ledwo kilka metrów ode mnie, spowodowała, że po raz pierwszy od tygodni spałem snem spokojnym jak u niewinnego dziecka. Gdy wstałem później niż zwykle, okazało się, że już dawno wyjechali. Niestety, nigdy już nie zobaczyłem kogoś takiego.

* Leokadia, moja dostojna gosposia jak zwykle kiwa głową z niesmakiem, gdy jej czytam powyższy fragment. Chciałbym, niniejszym jej go dedykować. Niech się zapisze jej trucicielskie imię na wieki wieków na łamach tego dzieła. Cokolwiek zrobicie, nie jedzcie nigdy jej jajecznicy na boczku.

fragment pięcioksięgu “Nowe opowieści z Faerunu, cz. I – Na Północ i z powrotem”, autorstwa Alverna z Beregostu.

Bio:

Dalen Helai

Powstanie Pradawnych reset999