Powstanie Pradawnych

Zaginione zapiski Avona IV

IV

Ukłucia niepokoju spędzały sen z powiek. Silne poczucie, że coś jest niezwykle nie w porządku nie pozwalało zaznać tak upragnionego odpoczynku. Oczy pulsowały światłem. Czułem, że coś naprawdę jest nie tak jak być powinno. Czułem jakby obecność koszmaru – ale niezwykle odległą, stłumioną. Wyszedłem z namiotu. Liczyłem na to, że być może uda mi się zdobyć trochę informacji z pomocą wróżenia, by dowiedzieć się czegoś o źródle mojego niepokoju. Na zewnątrz spotkałem Cerna. Ten chciał, bym wysondował mu magicznie miecz Verisa, który sam teraz dzierżył. Mówił on, że jest on jakoś powiązany z Armandem, zastanawiał się, jakiej natury jest to połączenie. Magiczne obmacanie niewiele pomogło. W każdym razie ostrze nie zostało umagicznione za pomocą Energii Splotu, Tytanów czy Pustki. Nabrało ono właściwości ze względu na działania pierwszego właściciela. Keirne podzielił się ze mną historią miecza. Wzbogacony o tą wiedzę przystąpiłem razem z nim oraz żołnierzami Przymierza do budowania stosu.

Moje specyficzne połączenie z Planem Żywiołu Ognia, ma szereg zalet, jak i również swoje wady. Na przestrzeni lat opanowałem dość unikalną umiejętność w Krainach. Otóż nauczyłem się wróżyć z ognia. Płomienie, wielkie ogniska pozwalają mi wprowadzić się w trans, który powoduje, że doświadczam wizji – czasem są to obrazy teraźniejszości, czasem przyszłości, a czasem są to bardzo odległe, zapomniane już wydarzenia. Gdy stos był już gotowy rzuciłem na siebie zaklęcia ochronne, poinstruowałem Cairne, co powinien zrobić, gdyby sytuacja zaczęła się wymykać z kontroli. Po czym wszedłem do płonącego stosu ognia, w sam środek, usiadłem krzyżując nogi i oddałem się płomieniom. Gdy lekko bujałem się z półotwartymi oczami, moja świadomość powoli odchodziła.

Syczący szept. W niezrozumiałym języku. Mimo to rozumiałem wezwanie. Wezwanie do walki. Był złowieszczy, groźny, obcy. Widziałem Szklaną Bramę. Odczułem niepokój. Szklana Brama padła, widziałem strzaskane reaktory i płonące budynki Szarej Straży. Widziałem dawne miasta, teraz będące ruinami na pustyni spowitej mgłą. Skupiłem się. Skupiłem się całą swoją świadomością by zobaczyć więcej, by zrozumieć więcej. Zobaczyłem ogromny pochód, armię. Zmierzającą na południe. Armię tysięcy koszmarów. Setek tysięcy koszmarów i pomiotów. Dobiegał stamtąd zgiełk, słyszałem wrzaski i okrzyki. Widziałem jeszcze jedno. Olbrzymią czarną wieżę. Wizja zaczęła się rozwijać, ale ja skoncentrowałem się na drugiej nurtującej mnie kwestii. Ostrza Verisa. Ujrzałem postać starca – w jakiś sposób przypominał mi Wilka. Dzierżył ten sam miecz co teraz Cairne. Był on zmęczony, brudny od krwi, uginał się pod ciężarem własnego, znoszonego i wygiętego pancerza. Miał takie samo spojrzenie jak Veris – puste acz zdeterminowane, bardzo przypominał Armanda – tylko o jakieś czterdzieści lat starszego. Bogatszy o tę wiedzę zacząłem wybudzać się z transu.

Gdy to już nastąpiło, poczułem wzmagający żar wokół mnie. Moje zaklęcia ochronne wyczerpały się, lub z powodu dogłębnego skupienia – rozproszyły samoistnie. W każdym razie Cairne postąpił tak jak mu wcześniej powiedziałem i wyciągnął mnie prędko z ognia, nim ten zdążył mnie poparzyć.

Nim w pełni dokończyłem dzielenie się z Kernem tym, czego doświadczyłem, spokój w obozie został przerwany okrzykiem. Jeden z żołnierzy wił się na ziemi niczym podczas ataku epilepsji, a ja wyczułem od niego esencję pomiotu. Nie było wyjścia. Podszedłem i jednym, pewnym ruchem skróciłem go o głowę. Na to nie ma lekarstwa, a taki osobnik mógłby zarazić kolejnych. Wraz z Cairnem, zaniepokojeni tym wydarzeniem, udaliśmy się do pułkownika Reevsa. Powiedział nam, że nie jest to pierwsza taka osoba. Poinformował nas również o zaskakujących ruchach całego wojska Zakharskiego, włącznie z milicją. Było to dla nas i dla niego niezrozumiałe działanie, o tyle jednak korzystne, że dało nam jeszcze trochę czasu – statki, które ruszyły w kierunku naszego obozu zawróciły, by bronić wschodniego wybrzeża. Pułkownik poprosił nas byśmy rozwiązali problem zakażenia – zgodziliśmy się. Ruszyłem do kwatermistrza. Problemem okazały się śledzie, które były płukane tudzież solone – teraz już nie pamiętam dokładnie – w górskim potoku oraz górska woda. Od obu źródeł wyczułem pomioty. Rozkazałem kwatermistrzowi pozbyć się tych zapasów, co specjalnie go nie uszczęśliwiło. Z bólem zdecydowałem się przejść się po obozie, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest zarażony. Niestety, kolejne jedenaście osób miało się pożegnać ze swoim życiem jeszcze tego samego dnia. Takie wieści nie uszczęśliwiły zbytnio pułkownika – ale po prawdzie to powinniśmy się cieszyć, że było ich tak mało, patrząc na to, jaka żywność została zarażona. Zaczęliśmy zbierać się do wyruszenia. Nim to jednak zrobiliśmy odwiedziliśmy starego towarzysza majora – Dana. Nie był mi znany, wyglądał jednak na bardzo zapuszczonego. Dowiedzieliśmy się, że jest trzymany na statku, acz nie dopuszcza się go do żadnych narad ani podejmowania decyzji – jako, że był rzekomo niegodny zaufania. Na wieść, że przydałaby się nam jego pomóc, powiedział tylko, żeby dać mu kwadrans. Po tym czasie wyszedł już odmieniony – długą brodę przystrzygł ostrym nożem. Ruszyliśmy.

Po drodze do doliny ze źródłem potoku, dokąd zmierzaliśmy, odnaleźliśmy martwe ciało pomiotu. Jakiś mocny, skoncentrowany na jednym punkcie cios zdruzgotał mu kręgosłup. Przez chwilę zastanawiałem się, czy mógł to być niedźwiedź lub jakiś mutant – Dan jednak, który niewątpliwie znał się na takich sprawach znacznie lepiej, stwierdził, że najpewniej jest to górski troll. Gdy dotarliśmy do podziemnej kotliny, Dan szybko potwierdził swoją teorię. Mówił on, że znajdujemy się w części jaskiń, która służy trollom za miejsce do robienia zasadzek – nie było tu jednak żadnego, a przynajmniej żadnego nie znaleźliśmy. Wzmogliśmy czujność. Mogliśmy ruszyć do wylęgarni albo legowiska tych stworzeń – a przynajmniej takiego układu się spodziewaliśmy dzięki wiedzy naszego łowcy. Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się ruszyć do legowisk. Tam stoczyliśmy walkę z kilkoma górskimi trollami, pomiotami. Obawiałem się, że mogą być niezwykle groźnymi przeciwnikami, czysta, ogromna siła połączona z agresją pomiotu mogła być śmiertelnym połączeniem. Szczęśliwie jednak, były one wrażliwe na ogień i wspólnie z Cairnem uporaliśmy się z nimi bez większych strat. Przy legowiskach znaleźliśmy malowidła – okazało się, że stworzenia posiadają prymitywną kulturę i nie uważają ludzi za wrogów – wręcz przeciwnie, szanują ich. W jednej z jam znaleźliśmy przestraszoną, zmarzniętą elfkę (Elenę jak się potem okazało), z poważnie ranną ręką zatrutą esencją pomiotu. Szczęśliwie jednak, wyglądało na to, że krew koszmaru

nie dostała się do reszty organizmu, co oznaczało, że być może będzie się ją dało odratować. Miała ona nieprzyjemność być obiektem badań mutantów – co wyraźnie rozeźliło Cairna. Dan, który wrócił w międzyczasie z krótkiego zwiadu, poinformował nas, że reszta trolli już uciekła, widząc, co zrobiliśmy tej dziewiątce. Ruszył on do obozu razem z Eleną, gdy my zajęliśmy się oczyszczaniem kompleksu. Trzeba było wyczyścić legowisko oraz wylęgarnie – najlepiej ogniem. Na tym znałem się całkiem nieźle i choć było to męczące to dawało satysfakcję. Na koniec podjąłem się dość karkołomnego zadania – oczyszczenia wody. Było to trudne, wycieńczyło mnie i ledwo co mi się udało, oznaczało jednak, że stworzenia w tym regionie nie stracą źródła świeżej wody. Po wszystkim zawaliliśmy jaskinie – tak by postronni nie mogli się tutaj pałętać. O trolle się nie obawialiśmy – jeżeli kiedyś tu wrócą to bez problemu przedostaną się przez gruzy. Ruszyliśmy do obozu, zadowoleni z siebie.

Pułkownik Reevs podziękował nam za to, co zrobiliśmy. Upewnił się jeszcze, czy to, co przekazał mu Dan w sprawie Eleny było prawdą – potwierdziłem jego słowa. Trzeba było amputować jej rękę – miała wtedy szanse przeżyć i żyć normalnym życiem. Pułkownik poprosił jeszcze, byśmy z nią porozmawiali i uświadomili jej sytuację. Spytał się też, co chcemy z nią zrobić. Alternatywą do zaokrętowania jej na statku majora było wzięcie w niewole – stała by się jeńcem wojennym. Chcąc oszczędzić jej takich doznań zadecydowaliśmy przygarnąć ją do siebie. Elena, choć niespokojna i przestraszona, zgodziła się na operację. Wyszliśmy z namiotu nim chirurg rozpoczął cięcie.

Comments

tomasz_grzybek_9

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.