Powstanie Pradawnych

Apel Majora Harlana Para do załogi Ostrza Niebios
Raz Marine, na zawsze Marine!

1641(?), Ostrze Niebios

Panowie,
wczoraj walczyliśmy z czarnymi. Każdy kto miał muszkiet i walił do nas był wrogiem.
Zatłukliśmy cesarzową – abominację tytanów, która zniewoliła Zakharę i chciała zniszczyć świat.
Uratowaliśmy i naszych, i tych biednych zagubionych kretynów w Zakharze.
Wygraliśmy wojnę i mogliśmy spojrzeć na siebie z dumą, patrzeć w lustro i nie widzieć skurwysynów tylko bohaterów.
Mogliśmy w spokoju sumienia wspomnieć o poległych towarzyszach i wypić za nich składając im należny im szacunek.

A teraz oni patrzą na was i czekają. Patrzą na to jak chcecie stać się smutnymi tchórzami,
małymi dziećmi które chcą wrócić do mamusi.
Czy za to walczyliśmy? Czy za to ginęli nasi bracia?

Wielu z was podziwia tego całego Magnusa i jego przydupasa, Mavricka.
Myślicie, że są bohaterami? Że zakończyli wojnę i pokonali Zakharę?
Myślicie, że trzeba im pomniki stawiać?

Coś wam powiem o Mavricku. Który z was był w Waterdeep albo w Beregoście, gdy orkowie zwalili się Przymierzu na plecy?
Ja byłem tam. I wiem że Mavrick, ten zdrajca, dezerter, recydywista, przestępca wojenny i morderca cywilów sprowadził do serca naszej ojczyzny plugawą truciznę.
To on wywołał zarazę, z rozkazu swojego pana Magnusa. To on przywlókł to ścierwo, które zamieniło setki tysięcy naszych w bezwolne tytaniczne monstra.
To jego pan zmanipulował orków i utorował im drogę do naszej stolicy.
Chcecie wiedzieć skąd to wiem? Od Magnusa. On sam chełpił się tym, że Mavrick to jego człowiek.
Chwalił się tym, że to w porządku zabić miliony własnych ludzi żeby uratować kilka tysięcy.
Kto był w Waterdeep i widział to co my, ten wie.

Chcecie przyłączyć się do tego sukinsyna? Myślicie że to rozsądek przez niego przemawia? Że ma rację?
Ja wam powiem gdzie jest racja.

- rzuca na pokład dużą ciężką wersję kodeksu Marines z głuchym hukiem -

To jest święta księga korpusu marines.

Prysięgaliście oddać życie za to co w niej napisane:
- Będę bronił honoru Korpusu, na wojnie i w czasie pokoju.
- Będę stał na straży Króla i Ojczyzny.
- Będę bronił słabych przed tyranią potężnych.
- Choćby mój wróg był plugawy, moje czyny będą czyste.
- Moi bracia liczą na mnie – nie zawiodę ich.
- Jestem Marine. Powstaję w piecu i hartuję się w lodzie.
- Nie wybiorę łatwej ścieżki z lenistwa, strachu czy gniweu.
- Wierzę w swojego dowódcę, on mnie przeprowadzi przez bramę dla bohaterów.
- To przysięgam, na życie moje i krew moich braci.
- Jeśli słowo to złamię, niech szybka i sprawiedliwa będzie moja kara.

Teraz słyszę, że niektórzy z was myślą że to były puste słowa.
Że niby przysięgaliście ale w sumie to już się wam odwidziało i teraz macie inne pomysły.
Wstyd we mnie wzbiera i zawód kiedy o tym myślę.
Czym zasłużyłem sobie na takich podkomendnych?
Są wśród was tacy, którzy tak nie myślą, którzy nie chcą mieć z tymi chujami nic do czynienia.
Oni też nie zasłużyli sobie na to żeby ich zawieść.

Gdy raz zostajesz Marine, już na zawsze jesteś Marine!
To jest, był i będzie nasz obowiązek bo daliśmy słowo a Marines którzy łamią dane słowo stają się rzadkim gównem na butach piechoty.
Żaden Magnus bezpiecznie schowany knujący na swoim stołeczku ani żaden Mavrick-zdrajca tego nie zrozumieją.

Jeśli chcecie móc spojrzeć w lustro, jeśli checie z podniesioną głową wrócić do swoich rodzin i domów, jeśli chcecie aby wasi bracia patrzyli na was z szacunkiem, nie pozwolicie żeby manipulacje jednego sukinsyna zmieniły was w takie gówno.
Bardziej hardej i skłonnej do bitki grupy straceńców, która przeczołgała pół Zakhary przez piekło nie było i nie będzie.
Wasze czyny to materiał na legendy. Z tego będą budować pomniki, pamiętać o was i pisać o was pieśni.
Wasze dzieci będą z was dumne.

Ja wam nie pozwolę tego spieprzyć, bo jesteście moją załogą.
Lepszej niż wy rodziny nie miałem, panowie i jestem wam to winien, żebyście przeszli na czele pieprzonej parady zwycięstwa, złotą bramą dla bohaterów.

A więc jak? Jesteście Marines czy jesteście małymi dziewczynkami?
Jesteście w Korpusie, czy chcecie być gównem na butach piechoty?

Raz Marine, na zawsze Marine!

View
Fragment Dziennika Doktora Edmunda Blake

Ten fragment dziennika został znaleziony przy jednej z dróg prowadzących do opuszczonej posiadłości na ziemiach Tethyru. Większość była silnie poniszczona i zamazana błotem oraz krwią. Czytelny fragment opisuje to co działo się z Doktorem Edmundem Blake przed wyruszeniem do Tethyru.

28 listopada 1665
Minął już ponad miesiąc odkąd Doktor Richthoffen zniknął bez śladu. To nie w jego stylu i mam bardzo złe przeczucia. Muszę przeszukać jego osobiste rzeczy w nadziei, że trafię na wskazówkę odnośnie tego co się z nim dzieje. Uważam, że przyznałby mi rację, sytuacja jest wyjątkowa i moje naruszenie jego prywatności jest w tym przypadku uzasadnione. Zdarzało mu się wyjeżdżać w dalekie podróże ale za każdym razem uprzedzał mnie o tym.

28 listopada 1665 (później)
Znalazłem osobisty dziennik Doktora. Zbyt długo zwlekałem z decyzją o wejściu do jego prywatnych kwater. Ostatnie wpisy mówią o jego nagłych planach wyjazdowych, lecz stało się coś niedobrego. Doktor wspomniał, że uprzedzi mnie zawczasu, jednak zniknął bez słowa. Pozwoliłem sobie skopiować wybrane fragmenty jego zapisków, dla późniejszej korzyści.

Wybrane fragmenty z dziennika Doktora Arrheniusa Richthoffena:

24 sierpnia 1665

Szanowny Rektor po raz kolejny odrzucił moje podanie o wyjazd do Tethyru. Wyruszyły tam dziesiątki głupców, nieuków i rozwrzeszczonych demagogów. Każdy kto nawinął się pod rękę, każdy głośny krzykacz. Nie wiem już co o tym myśleć, choć z drugiej strony nie ma we mnie gniewu, z którego znano mnie w młodości. To dobra okazja by odpocząć. Kogo ja oszukuję…
Rektor Delmore w swoich listach bez przerwy stwierdza, że moja wiedza i ekspertyza przydadzą się tutaj, w stolicy, blisko dworu. Nie do końca rozumiem to enigmatyczne sformuowanie ale zamierzam umówić się z nim na prywatne spotkanie, jutro. Nie wiem o co chodzi ale brzmi to tak jakby obawiano się, że ta malutka zaraza może dojść aż tutaj, do stolicy, do Waterdeep.

30 sierpnia 1665

Dzisiaj po rozmowie z Rektorem miałem bardzo zaskakujące spotkanie. Przybyli do mnie Jego Ekscelencja Kanclerz Donavan Hawke i Ambasador Jego Królewskiej Mości Jeremy O’Neal. Nie, nie byłem porażony ważkością osób na tym spotkaniu. Wielokrotnie widywałem się ze Świetej Pamięci Królem Wrynnem, choć były to oczywiście wizyty wiążące się z moją specjalizacją i umiejętnościami. Bardziej jednak zaniepokoiło mnie to, że poinformowali mnie o powodzie dla którego pozostaję w stolicy tak długo i dlaczego Rektor Delmore odrzucał wszystkie moje podania. Chodzi tu o zadanie, które przybyło bezposrednio od Rady Królewskiej. Przez moment czułem się zaszczycony ale zaraz potem zrozumiałem, że coś bardzo niepokojącego dzieje się w Tethyrze. Moim zadaniem było opracowanie planu zabezpieczenia Tethyru, czyli kwarantanny. Byłem coraz bardziej zaskoczony, gdyż słyszałęm, że zaraza pojawiłą się jedynie na wybrzeżu w jakichś małych wioskach, które bardzo łatwo było odciąć. Otrzymałem jednak od Kanclerza i Ambasadora stosowne dane przygotowane przez moich kolegów, którzy wyruszyli na miejsce. Czym prędzej zajmę się ich analizą a potem sprawdzimy czy głupcy, nieucy i rozwrzeszczeni demagodzy nauczyli się czegokolwiek ze swoich wykładów.

21 października 1665

Przyznam, że była to najbardziej ekscytująca a zarazem najbardziej martwiąca praca jaką wykonywałem w swojej karierze. Zaniedbałem wykłady, obronę pracy jednego ze studentów a nawet lekcje z moim uczniem Edmundem. Raporty które otrzymałem od Kanclerza i Ambasadora są wielce martwiące. Moi koledzy spisali setki stron tekstu, lecz kompletnie nic z nich nie wywnioskowali. Zaraza wybuchła w sześciu oddalonych od siebie o równo 51 kilometrów miejscach. Dodatkowo każde z tych miejsc różniło się klimatem, podłożem, glebą, wilgotnością i gęstością zaludnienia. Zaraza wybuchła w małych wioskach jak i dużych miastach. Dodatkowo objawy był różne w zależności od bliskości morza, pól, lasów. To wielce niepokojące. Powiedziałbym wręcz że jest to nienaturalne. Jutro z samego rana wyruszam pod glejtem królewskim do obozu Majora Goldenplatza, oficera odpowiedzialnego za kordon, który do tej pory chronił granicę Tethyru. W ostatnim raporcie jaki otrzymałem pojawiła się wzmianka o powstaniu chłopskim. To jedynie skomplikuje sprawę, tymbardziej, że Kanclerz poinformował mnie dziś, że kontakt z obozem tworzonym przez moich kolegów został zerwany. Tutaj plan kwarantanny na nic się nie zda. Muszę czym prędzej poinformować mojego ucznia i brata Mendozę. Wydaje mi się, że mój dom nie jest już bezpieczny…

Na tym zdaniu szanowny Doktor zakończył wpis. Wydaje się urwany wpół mysli. Zupełnie jakby po prostu przestał pisać i wstał od biurka.
Pozwoliłem sobie również skopiować mapę z zaznaczonym celem podróży mojego nauczyciela.
Pytania mnożą się w nieskończoność. Dlaczego zniknął bez słowa? Czy coś mu się stało? Czy potrzebuje mojej pomocy? Kim jest brat Mendoza? Dlaczego Doktor nie czuł się bezpiecznie w swoim domu, w centrum stolicy Przymierza? Nie wybaczyłbym sobie, gdyby przez moją nieświadomą opieszałość w działaniu stała mu się krzywda. Być może jest już za późno? Nie, muszę przestać tak myśleć. Liczą się fakty, nie domysły. Pora działać. Jeszcze dziś skontaktuje się z Vincentem i poproszę go o miejsce na statek do Tethyru.

29 listopada 1665
Przypomniała mi się rozmowa z moim bratem Vincentem. Wspominał coś o dziwnym glejcie wysłanym w stronę, w którą udać się miał Doktor. Dokument ten sygnowany był nazwiskiem samego Kanclerza i był przeznaczony dla Majora Goldenplatza. Co ciekawe w dokumencie wspomniane było, że glejt ma być przekazany przez Majora grupie najemników z Amn.
Statek już niedługo odpływa, mam kilka dni na zamknięcie kilku spraw w Waterdeep i ruszam w drogę.

View
Zaginione zapiski Avona V

V

Wszyscy wiedzieliśmy, że czeka nas trudna sprawa – przesłuchanie Armanda Verisa. Powoli zbliżaliśmy się do podjęcia się tego karkołomnego zadania, chcieliśmy jednak załatwić jeszcze kilka spraw. Lazarius, który zdążył się wyspać oraz przygotować do przesłuchania, dzięki odzyskanym mocom przywrócił Elenie odciętą rękę. Pod tym względem zawsze fascynowali mnie wszelkiego rodzaju klerycy – Splot ma ogromny potencjał, jeżeli chodzi o tworzenie i niszczenie – jednak, poza nielicznymi wyjątkami, których uosobieniem była Ada Veris, rzadko jest w stanie naprawiać tkankę ludzką, odbudowywać kości, całe kończyny. Lazarius został obdarzony naprawdę wielkim darem i mam tylko nadzieję, że będzie w stanie rozsądnie z niego korzystać. Kolejne lata niezbyt dobrze wpłynęły na Inkwizytora, gorzknieje on z dnia na dzień i coraz rzadziej dostrzec można przebłyski, iskry radości – które zresztą nigdy nie były zbyt częste.

Wraz z Kernem zdecydowaliśmy się porozmawiać z Harlanem o jego dawnym towarzyszu – łowcy Danie. Uznaliśmy już wcześniej, że zachował się dość skurwysyńsko, przez jego raport Dan stracił trzy i pół roku swego życia prowadząc nędzną egzystencję, trwając jedynie, a nie żyjąc naprawdę. Mieliśmy nawet pismo od pułkownika Reevsa potwierdzające, że Przymierze, jako takie, nie ma nic do osoby Dana, mieliśmy jednak zamiar wykorzystać je jedynie w ostateczności. Major wydał się być niezwykle zaskoczony tym, co mu przekazaliśmy. Nie pamiętał, że składał taki raport i chwile mu zajęło, by to wszystko sobie uświadomić. Szczęśliwie szybko zrozumiał swój błąd i miał zamiar przeprosić dawnego towarzysza. Wszyscy jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że przeprosiny, nawet najszczersze, niewiele pomogą i dopiero czas będzie mógł zagoić taką ranę. Dan był wściekły na majora, a było to uczucie zimne, pielęgnowane i dorastające w nim od lat. Mimo to, dobrze się stało, że dzięki naszej interwencji zdolny żołnierz powrócił do czynnej służby.

Przesłuchanie się komplikowało. Armand Veris był niezwykle pewny siebie. Jego spryt oraz wcześniejsze działanie, wraz z szeroką wiedzą na temat Przymierza pozwoliły mu powołać się na wiele praw, które formalnie całkowicie kryły mu tyłek. Chciał adwokata, ponadto powoływał się na fakt, że powinien być sądzony przez Sąd Cywilny – a najbliższy znajdował się setki kilometrów stąd, za wielkim morzem. Po rozmowie z pułkownikiem Reevsem nie wyglądało to zbyt dobrze, szczególnie, gdy uświadomił nam, że może on się jeszcze powołać na Królewską Łaskę, a jak wiadomo moglibyśmy mieć problem by odnaleźć króla Wrynna. Chwilę później jednak dotarły do nas lepsze wieści – głównodowodzący wojskami Przymierza – generał Wrynn wziął całkowicie na siebie odpowiedzialność za Verisa – co oznaczało, że jeżeli będziemy musieli, to nawet tortury wchodzą w grę.

Staliśmy pod namiotem czekając aż Cairne skończy rozmowę z Verisem. Zdawał się do niego trafiać – przynajmniej w jakimś stopniu. Niestety – mutant nigdy nie znał się zbytnio na sztuce retoryki i perswazji, opierał się jedynie na swoim rozumie. Choć miał rację w tym, co mówił, najwidoczniej nie do końca trafnie dobierał słowa, ponieważ nie udało mu się w pełni złamać ani przekonać Verisa do czegokolwiek. Cairne stracił cierpliwość i wyszedł z namiotu.

Poprosiłem współtowarzyszy by dali mi chwilę, licząc, że być może uda mi się pociągnąć linię argumentu Cairne, która była słuszna, by przekonać Verisa. Powołałem się na Cykl Tytanów, na to jak wiele prób zabrało nam jego opóźnienie, ilu naszym poprzednim wcieleniom się to nie udało. W ten sposób starałem się pokazać, że nic nie jest przypieczętowane – w tak beznadziejnej sytuacji, jak mogłoby się wydawać, po milionach prób nam podobnych, którzy zawiedli, można by sądzić, że to niemożliwe. A jednak nam się udało pod Wieżą Obserwatora. Nim jednak rozwinąłem swój wywód poczułem wokół Verisa potężną energię. Dowiedzenie się czegoś więcej o niej wymagało ingerencji, zaburzenia jej struktury – co mogło mieć tragiczne konsekwencje, gdyż mogłaby ona się wtedy obrócić przeciwko mnie, zdałaby sobie sprawę z mojej obecności. Mimo to podjąłem to ryzyko.

Nie wiem ile zabrakło do anihilowania mojego umysłu tą potężną energią, ale miałem dziwne odczucie, że bogowie szczęścia czuwali nade mną, gdy podejmowałem się tego ryzykownego czynu. Szczęśliwie, przeżyłem. Reszta drużyny zaczęła się gromadzić w namiocie. Odkryłem, że potężna energia wpływa na Armanda Verisa – zmieniając jego osąd, zdanie, sposób myślenia i oceniania rzeczywistości. Była potężna acz subtelna zarazem, Armand nie zdawał sobie z niej sprawy. Starałem się, wraz z towarzyszami, uświadomić mu, że jego umysł nie jest wolny od ingerencji z zewnątrz. Niestety, gdy wyglądało na to, że jesteśmy już blisko osiągnięcia celu Armand popełnił samobójstwo z pomocą wszytej pod skórę trucizny. Pewnie już nigdy nie dowiemy się, czy był to ostatni zryw jego woli czy ingerencja Cesarzowej.

Śmierć Verisa najbardziej zabolała Adę. W ciągu kilku godzin uświadomiła ona sobie, że ten, którego nienawidziła, jej własny brat, nie podążał własną wolą, że był kierowany. Musiało to nią wstrząsnąć. W ciągu kilku chwil zaszły w niej drastyczne zmiany – wpierw pragnęła jego śmierci i cierpienia a potem uwolnienia i odkupienia. Współczułem jej tak jak wielu innym. Niestety, moje współczucie niewiele pomaga na ranną duszę.

Jakkolwiek mogłoby się wydawać, że przesłuchanie Verisa nie dało nam żadnych informacji, to było to rozumowanie błędne. Mogliśmy ze znaczną pewnością stwierdzić, że mówił nam to, co Cesarzowa chciała, byśmy usłyszeli. W znacznym stopniu utwierdzało mnie to w przekonaniu, że to, co mówiła Wyrocznia było prawdą – skoro Cesarzowa tak bardzo chciała, byśmy powątpiewali w prawdziwość jej słów. Zaczynałem się zastanawiać, czy Cesarzowa nie jest „Głosem”. Patrząc na jej zdolności, sposób oddziaływania oraz to, co usłyszałem w ciągu ostatnich tygodni, była to możliwość godna rozpatrzenia.

Do naszej załogi dołączyły nowe twarze. Jane Anders, wdowa po Jamesie oraz Adam Veers. Nie znałem ich i szczerze mówiąc nie miałem ochoty bliżej poznawać. Nasza misja nie należała do tych najprostszych i obawiałem się, że niedługo poniesiemy kolejne ofiary. Wolałem nie zaprzyjaźniać się z nimi na chwilę obecną – jeżeli przeżyjemy i wrócimy do Faerunu, gdy już zamkniemy sprawy tam, to dopiero wtedy będzie czas na radość i przypieczętowanie znajomości.

Ruszyliśmy. Znaczną część rejsu spędziłem studiując książki, które niechętnie pożyczył mi Lazarius. Swoją drogą, nie przestaje mnie on zaskakiwać. Zamiast poprosić mnie, bym założył mu dodatkowe glify ochronne, które zwiększyłyby skuteczność jego obrony w kajucie, z uporem twierdzi, że są one wystarczające. To całkiem zabawne, bo używa ich z myślą o ochronie przed Deaveronem, który jakoś nie miał problemów by wejść do jego kajuty i zostawić po sobie tuzin krwawych min. No ale cóż, może jak regularnie będę wchodził do niego i wygaszał mu jego marne zabezpieczenia to zmieni zdanie. Książki, które pożyczyłem od Inkwizytora traktowały o runach – historii, kształcie, zastosowaniom. Była to niezwykle cenna wiedza, ponieważ zwiększała moje szanse na pokrycie runami naszego ekwipunku. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem, ale znałem teoretyczne podstawy, a teraz po wgłębieniu się w lektury czułem się na siłach by spróbować, szczególnie, że major potrzebował solidniejszego oręża od zwykłej kuszy.

Przez większość czasu podróż mijała nam spokojnie, nie byliśmy niczym niepokojeni. Jednak, gdy zaczęliśmy się zbliżać do koordynat podanych nam przez Cairne, wyczułem jakieś poruszenie na pokładzie i ruszyłem na powierzchnię statku. Otóż widzieliśmy dym i spalone wioski, w miejscu, w którym Cairne spodziewał się znaleźć swojego dzieciaka. Cały buzował, był wściekły, gotów zarżnąć pierwszą osobę, która wejdzie mu w paradę. Zeskoczył ze statku nim ten wylądował i zaczął penetrować teren.

W końcu trafiliśmy większością drużyny do spalonej tawerny. Był tam ślad po dziecku – spalone zawiniątko. Samego dziecka nie było jednak widać. Jego opiekun leżał martwy. Po chwili usłyszeliśmy poruszenie za regałem – skrywał się tam przestraszony staruszek, którego Cairne niemal przyprawił o zawał. Od niego dowiedzieliśmy się wszystkiego – za sprawą stały mutanty, albo przynajmniej jeden z nich. Grabiły one wioski i paliły domy w poszukiwaniu dzieciaka. W końcu go znalazły, gdy zmęczony starzec, obawiając się o życie swoje i innych, zdradził gdzie ono się znajduje.

Cairne buzował wściekłością i byłby gotów zarżnąć biednego starca. Szczęśliwie, oddał on nam wcześniej swoją broń. Spytaliśmy się owego człowieka czy potrzebuje wody tudzież żywności. Podziękował nam. Dzięki Danowi udało się przeprowadzić szybki zwiad – okazało się, że jeźdźcy, którzy trapili te okolice rozdzieli się na dwie grupy. Dan, za przyzwoleniem majora ruszył tropić jedną z nich. Za drugą ruszyliśmy my.

Na zakończenie dnia Lazarius przeprowadził ze mną i Harlanem, rozmowę, starając się wysondować, co uważamy za ważniejsze i jak powinniśmy postąpić w obliczu wyboru – dziecko Cairne czy powodzenie naszej misji. Twardo obstawałem przy tej drugiej możliwości, wiedząc, a przynajmniej domyślając się, że dziecko i tak umrze, a my jedynie stracimy naszą szansę. Jakkolwiek było to okrutne i bezwzględne, uważałem to za jedyne rozsądne wyjście. I nadal uważam, że jest to jedyne rozsądne wyjście. Tylko, że teraz nie jestem pewien, czy jest tym słusznym…

View
Zaginione zapiski Avona IV

IV

Ukłucia niepokoju spędzały sen z powiek. Silne poczucie, że coś jest niezwykle nie w porządku nie pozwalało zaznać tak upragnionego odpoczynku. Oczy pulsowały światłem. Czułem, że coś naprawdę jest nie tak jak być powinno. Czułem jakby obecność koszmaru – ale niezwykle odległą, stłumioną. Wyszedłem z namiotu. Liczyłem na to, że być może uda mi się zdobyć trochę informacji z pomocą wróżenia, by dowiedzieć się czegoś o źródle mojego niepokoju. Na zewnątrz spotkałem Cerna. Ten chciał, bym wysondował mu magicznie miecz Verisa, który sam teraz dzierżył. Mówił on, że jest on jakoś powiązany z Armandem, zastanawiał się, jakiej natury jest to połączenie. Magiczne obmacanie niewiele pomogło. W każdym razie ostrze nie zostało umagicznione za pomocą Energii Splotu, Tytanów czy Pustki. Nabrało ono właściwości ze względu na działania pierwszego właściciela. Keirne podzielił się ze mną historią miecza. Wzbogacony o tą wiedzę przystąpiłem razem z nim oraz żołnierzami Przymierza do budowania stosu.

Moje specyficzne połączenie z Planem Żywiołu Ognia, ma szereg zalet, jak i również swoje wady. Na przestrzeni lat opanowałem dość unikalną umiejętność w Krainach. Otóż nauczyłem się wróżyć z ognia. Płomienie, wielkie ogniska pozwalają mi wprowadzić się w trans, który powoduje, że doświadczam wizji – czasem są to obrazy teraźniejszości, czasem przyszłości, a czasem są to bardzo odległe, zapomniane już wydarzenia. Gdy stos był już gotowy rzuciłem na siebie zaklęcia ochronne, poinstruowałem Cairne, co powinien zrobić, gdyby sytuacja zaczęła się wymykać z kontroli. Po czym wszedłem do płonącego stosu ognia, w sam środek, usiadłem krzyżując nogi i oddałem się płomieniom. Gdy lekko bujałem się z półotwartymi oczami, moja świadomość powoli odchodziła.

Syczący szept. W niezrozumiałym języku. Mimo to rozumiałem wezwanie. Wezwanie do walki. Był złowieszczy, groźny, obcy. Widziałem Szklaną Bramę. Odczułem niepokój. Szklana Brama padła, widziałem strzaskane reaktory i płonące budynki Szarej Straży. Widziałem dawne miasta, teraz będące ruinami na pustyni spowitej mgłą. Skupiłem się. Skupiłem się całą swoją świadomością by zobaczyć więcej, by zrozumieć więcej. Zobaczyłem ogromny pochód, armię. Zmierzającą na południe. Armię tysięcy koszmarów. Setek tysięcy koszmarów i pomiotów. Dobiegał stamtąd zgiełk, słyszałem wrzaski i okrzyki. Widziałem jeszcze jedno. Olbrzymią czarną wieżę. Wizja zaczęła się rozwijać, ale ja skoncentrowałem się na drugiej nurtującej mnie kwestii. Ostrza Verisa. Ujrzałem postać starca – w jakiś sposób przypominał mi Wilka. Dzierżył ten sam miecz co teraz Cairne. Był on zmęczony, brudny od krwi, uginał się pod ciężarem własnego, znoszonego i wygiętego pancerza. Miał takie samo spojrzenie jak Veris – puste acz zdeterminowane, bardzo przypominał Armanda – tylko o jakieś czterdzieści lat starszego. Bogatszy o tę wiedzę zacząłem wybudzać się z transu.

Gdy to już nastąpiło, poczułem wzmagający żar wokół mnie. Moje zaklęcia ochronne wyczerpały się, lub z powodu dogłębnego skupienia – rozproszyły samoistnie. W każdym razie Cairne postąpił tak jak mu wcześniej powiedziałem i wyciągnął mnie prędko z ognia, nim ten zdążył mnie poparzyć.

Nim w pełni dokończyłem dzielenie się z Kernem tym, czego doświadczyłem, spokój w obozie został przerwany okrzykiem. Jeden z żołnierzy wił się na ziemi niczym podczas ataku epilepsji, a ja wyczułem od niego esencję pomiotu. Nie było wyjścia. Podszedłem i jednym, pewnym ruchem skróciłem go o głowę. Na to nie ma lekarstwa, a taki osobnik mógłby zarazić kolejnych. Wraz z Cairnem, zaniepokojeni tym wydarzeniem, udaliśmy się do pułkownika Reevsa. Powiedział nam, że nie jest to pierwsza taka osoba. Poinformował nas również o zaskakujących ruchach całego wojska Zakharskiego, włącznie z milicją. Było to dla nas i dla niego niezrozumiałe działanie, o tyle jednak korzystne, że dało nam jeszcze trochę czasu – statki, które ruszyły w kierunku naszego obozu zawróciły, by bronić wschodniego wybrzeża. Pułkownik poprosił nas byśmy rozwiązali problem zakażenia – zgodziliśmy się. Ruszyłem do kwatermistrza. Problemem okazały się śledzie, które były płukane tudzież solone – teraz już nie pamiętam dokładnie – w górskim potoku oraz górska woda. Od obu źródeł wyczułem pomioty. Rozkazałem kwatermistrzowi pozbyć się tych zapasów, co specjalnie go nie uszczęśliwiło. Z bólem zdecydowałem się przejść się po obozie, by sprawdzić, czy ktoś jeszcze jest zarażony. Niestety, kolejne jedenaście osób miało się pożegnać ze swoim życiem jeszcze tego samego dnia. Takie wieści nie uszczęśliwiły zbytnio pułkownika – ale po prawdzie to powinniśmy się cieszyć, że było ich tak mało, patrząc na to, jaka żywność została zarażona. Zaczęliśmy zbierać się do wyruszenia. Nim to jednak zrobiliśmy odwiedziliśmy starego towarzysza majora – Dana. Nie był mi znany, wyglądał jednak na bardzo zapuszczonego. Dowiedzieliśmy się, że jest trzymany na statku, acz nie dopuszcza się go do żadnych narad ani podejmowania decyzji – jako, że był rzekomo niegodny zaufania. Na wieść, że przydałaby się nam jego pomóc, powiedział tylko, żeby dać mu kwadrans. Po tym czasie wyszedł już odmieniony – długą brodę przystrzygł ostrym nożem. Ruszyliśmy.

Po drodze do doliny ze źródłem potoku, dokąd zmierzaliśmy, odnaleźliśmy martwe ciało pomiotu. Jakiś mocny, skoncentrowany na jednym punkcie cios zdruzgotał mu kręgosłup. Przez chwilę zastanawiałem się, czy mógł to być niedźwiedź lub jakiś mutant – Dan jednak, który niewątpliwie znał się na takich sprawach znacznie lepiej, stwierdził, że najpewniej jest to górski troll. Gdy dotarliśmy do podziemnej kotliny, Dan szybko potwierdził swoją teorię. Mówił on, że znajdujemy się w części jaskiń, która służy trollom za miejsce do robienia zasadzek – nie było tu jednak żadnego, a przynajmniej żadnego nie znaleźliśmy. Wzmogliśmy czujność. Mogliśmy ruszyć do wylęgarni albo legowiska tych stworzeń – a przynajmniej takiego układu się spodziewaliśmy dzięki wiedzy naszego łowcy. Po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy się ruszyć do legowisk. Tam stoczyliśmy walkę z kilkoma górskimi trollami, pomiotami. Obawiałem się, że mogą być niezwykle groźnymi przeciwnikami, czysta, ogromna siła połączona z agresją pomiotu mogła być śmiertelnym połączeniem. Szczęśliwie jednak, były one wrażliwe na ogień i wspólnie z Cairnem uporaliśmy się z nimi bez większych strat. Przy legowiskach znaleźliśmy malowidła – okazało się, że stworzenia posiadają prymitywną kulturę i nie uważają ludzi za wrogów – wręcz przeciwnie, szanują ich. W jednej z jam znaleźliśmy przestraszoną, zmarzniętą elfkę (Elenę jak się potem okazało), z poważnie ranną ręką zatrutą esencją pomiotu. Szczęśliwie jednak, wyglądało na to, że krew koszmaru

nie dostała się do reszty organizmu, co oznaczało, że być może będzie się ją dało odratować. Miała ona nieprzyjemność być obiektem badań mutantów – co wyraźnie rozeźliło Cairna. Dan, który wrócił w międzyczasie z krótkiego zwiadu, poinformował nas, że reszta trolli już uciekła, widząc, co zrobiliśmy tej dziewiątce. Ruszył on do obozu razem z Eleną, gdy my zajęliśmy się oczyszczaniem kompleksu. Trzeba było wyczyścić legowisko oraz wylęgarnie – najlepiej ogniem. Na tym znałem się całkiem nieźle i choć było to męczące to dawało satysfakcję. Na koniec podjąłem się dość karkołomnego zadania – oczyszczenia wody. Było to trudne, wycieńczyło mnie i ledwo co mi się udało, oznaczało jednak, że stworzenia w tym regionie nie stracą źródła świeżej wody. Po wszystkim zawaliliśmy jaskinie – tak by postronni nie mogli się tutaj pałętać. O trolle się nie obawialiśmy – jeżeli kiedyś tu wrócą to bez problemu przedostaną się przez gruzy. Ruszyliśmy do obozu, zadowoleni z siebie.

Pułkownik Reevs podziękował nam za to, co zrobiliśmy. Upewnił się jeszcze, czy to, co przekazał mu Dan w sprawie Eleny było prawdą – potwierdziłem jego słowa. Trzeba było amputować jej rękę – miała wtedy szanse przeżyć i żyć normalnym życiem. Pułkownik poprosił jeszcze, byśmy z nią porozmawiali i uświadomili jej sytuację. Spytał się też, co chcemy z nią zrobić. Alternatywą do zaokrętowania jej na statku majora było wzięcie w niewole – stała by się jeńcem wojennym. Chcąc oszczędzić jej takich doznań zadecydowaliśmy przygarnąć ją do siebie. Elena, choć niespokojna i przestraszona, zgodziła się na operację. Wyszliśmy z namiotu nim chirurg rozpoczął cięcie.

View
Zaginione zapiski Avona III

III

Wielokrotnie zdarzało mi się budzić w naprawdę nieprzyjemnych warunkach. Jednak pobudka pod twierdzą Białego Wilka należała do tych najmniej przyjemnych. Nim w końcu wstałem i wypełzłem spod gruzów wraz z poobijanymi towarzyszami, naszła mnie sugestywna wizja – lub obraz rzeczywistości, było to trudne do zweryfikowania ze względu na moje mało komfortowe położenie pod tonami skruszonej skały. Otóż widziałem postać, która przypominała mi widziany wcześniej, podczas próby Szarej Straży, posąg pięknej kobiety. Ta czarnowłosa istota z wizji była jednak odrażająca, wstrętna, w żadnym wypadku nie napawała nas pozytywnymi emocjami, wręcz przeciwnie, było w niej coś obrzydliwego. Zalała ona walczących jeszcze żołnierzy obu stron złotym, jaskrawym światłem, a jak się później dowiedzieliśmy od Lazariusa, była to potężna fala pozytywnej energii, tak silna, że miast leczyć zabijała. Później, wspólnymi siłami (jako, że wszyscy doświadczyliśmy podobnego obrazu) ustaliliśmy, że była to Cesarzowa – co nie było jakimś niezwykle odkrywczym spostrzeżeniem.

Wydostałem się z gruzów. Widok setek martwych ciał na placu, ruin fortecy i poobijanych towarzyszy nie napawał nikogo z nas optymizmem. Żyliśmy. Nie można było tego powiedzieć o Białym Wilku, który został dosłownie staranowany potężną paszczą smoka, która go ugodziła. Bliżej jednak od radości było mi do zrezygnowania i smutku. Odnieśliśmy zwycięstwo, ale okupiliśmy je krwią setek ludzi. Zginęły tysiące żołnierzy Thana Avalora oraz ludzi Przymierza. Padali oni podczas natarcia na twierdzę i później, gdy na miejsce przybyła odsiecz – statki Zakharskie wraz z żołnierzami. Ponadto zginęła dwójka drogich nam towarzyszy – Ostatni oraz Złoty Liść. Nie znałem ich zbyt dobrze, ale wiedziałem jak to jest stracić dobrego druha, współczułem więc Lenie. Ich śmierć pozwoliła ocalić wiele istnień, jednak nie pocieszało mnie to zbytnio. Zaczynałem się zastanawiać jaki jest sens przywiązywania się do naszych kompanów, skoro, gdy to robimy to ich śmierć bardziej boli. Lista ludzi, którzy za nas polegli jest długa, ale wystarczy wymienić kilka imion – choćby Szarika czy Zana by zrozumieć jak bardzo jest to dotkliwe i jak ciąży niczym cień nad naszymi żywotami. Jesteśmy pod ogromną presją, pod ogromną presją każdego dnia, bo nie możemy dopuścić by ich śmierć poszła na marne.

Nie było to jednak jedyne źródło presji. Po wstępnym rozeznaniu się i jako takim ogarnięciu szybko okazało się, że musimy ruszać. Byliśmy nieprzytomni przez kilka dni, a teraz musieliśmy się śpieszyć by zdążyć przed siłami Zakhary, które już zmierzały w naszą stronę, jak to nam pułkownik Reevs ze smutkiem oznajmił. Mieliśmy raptem kilka godzin na zebranie sił przed dalszymi wyzwaniami. Lena i Harlan oddali cześć zmarłym – Złotemu Liściowi oraz Ostatniemu. Poszedłbym z nimi, gdy nie to, że nikogo z tej dwójki tak naprawdę nie znałem, a przed ruszeniem miałem jeszcze jedną sprawę wymagającą rozwiązania – zwłoki smoka. Otóż przeróżnego rodzaju części jego ciała były niezwykle wartościowymi komponentami – zarówno magicznymi jak i składnikami eliksirów czy częściami pancerza. W tym zadaniu pomógł mi Keirne – w dużym skrócie ja mówiłem mu, co i jak powinien zrobić, a

on korzystając ze swojej niezwykłej siły z powodzeniem się tego podejmował. Tu czas na małą dygresję. Zawsze uważałem, że siła ducha i wrodzony intelekt górują nad brutalną siłą, dostrzegałem jednak zalety porządnego pierdolnięcia i zręcznych nóg. Sam, jak na maga, niezwykle intensywnie ćwiczyłem, by móc dotrzymać tempa swym, co sprawniejszym towarzyszom. Na tym tle, postać Harlana wydawała się być wątła, słaba. Nie twierdzę, że dowódca powinien wzbudzać szacunek mięśniami – ale one się czasem przydają. Byłem w ostatnim czasie zaskakiwany w wielu sytuacjach wątłością majora-komandora-kapitana-protektora-chorążego-porucznika Para. Miał on problemy z uniesieniem czy przesunięciem przedmiotów, które mi wydawały mi się być stosunkowo lekkie – coś, co powinno być raczej powodem do wstydu dla majora. Nie będę mu jednak raczej o tym wspominać, wątpię bym go uszczęśliwił tym faktem.

Po uporaniu się ze zwłokami gada ruszyliśmy w głąb podziemi. A było gdzie ruszać – okazały się one naprawdę głębokie a podróż po schodach na dół, długa i męcząca. Z nami wyruszył również James Anders, który okazał się cennym sojusznikiem w rozwiązywaniu zagadek. No właśnie, gdy już zeszliśmy na dół, doszliśmy do przejścia, które było całkowicie zablokowane przez wielkiego krasnoluda, przypominającego konstrukty, z którymi walczyliśmy pod Twierdzą Obserwatora. Jak się okazało, miał on przepuszczać tylko ludzi należących do rasy stwórców – czyli Raurijczyków. Pomimo moich usilnych prób nie dał się wymanewrować i musieliśmy odpowiedzieć na jego pytania by nas przepuścił. Dzięki notatkom Lazariusa, odrobinie sprytu i zdrowego rozsądku, oraz mojej zdolności do przejrzenia podstępnego pytania, udało nam się udzielić właściwych odpowiedzi. Przeszliśmy dalej, gdzie zostaliśmy zmuszeni do przejścia prób Stawida. Na pierwsze pytanie, które było zagadką logiczną, odpowiedzieliśmy bez większego trudu, co pozwoliło nam przejść dalej nieniepokojonym przez nieumarłych barbarzyńców Klanu Białego Wilka, którzy strzegli tego miejsca. Niestety, polegliśmy na drugiej próbie – która była prostą zagadką, a nam niestety nie udało się dostrzec banalnej i przewidywalnej odpowiedzi. Po stoczeniu krótkiej walki, która szczęśliwie nie wyczerpała z nas zbytnio, ruszyliśmy dalej ku trzeciej próbie. Tu znów spisaliśmy się na medal i odgadliśmy prawidłowe rozwiązanie. Nasze kroki udały się ku wyroczni.

Dowiedzieliśmy się, że Veris już tu był. W okolicy można było dostrzec czerwone krople krwi, które wyraźnie kontrastowały ze śniegiem. Byliśmy niemal na szczycie samego świata i rozmawialiśmy z Wyrocznią, będącą lustrzanym odbiciem Cesarzowej. Ta wytłumaczyła nam, że przepowiednia dotycząca wybrańca jest nieprawdziwa, że jest wytworem Koragga, powiedziała nam też, że Cesarzowa sobie z tego nie zdaje sprawy. Dała nam nadzieję na inne rozwiązanie sprawy Zakharskiej – okazało się, że poświęcenie jednej osoby jest w stanie powstrzymać koszmary – powstanie z niej nowy, obiektywny byt, który w przeciwieństwie do Koragga nie będzie subiektywny, wypaczony, a będzie kontrolować koszmary. Dowiedzieliśmy się również sporo o zależnościach między Koraggiem oraz Cesarzową, z których nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy. Gdy zaczęliśmy odchodzić,

umiarkowanie usatysfakcjonowani odpowiedziami, zobaczyliśmy jeszcze jak Wyrocznia pada martwa na ziemię, z wielką krwawą plamą na plecach.

Veris czekał na nas przy kowadle. Nie wyglądał na zbyt przestraszonego naszym przybyciem, wręcz przeciwnie. Zdawał się być bardzo pewny siebie. Wpierw chciał nas wymanewrować, sugerując, że walka będzie niesprawiedliwa, skoro nas jest szóstka. Gdy to mu się nie udało zagroził śmiercią Ady Veris – którą jak się okazało pojmał, oraz całego obozu Przymierza – który miał rzekomo zbombardować. Mimo to podjęliśmy walkę.

Veris był godnym przeciwnikiem. Tak po prawdzie to przerósł nas wszystkich. Zdołaliśmy poważnie go zranić – głównie za sprawą pierwszego trafionego ciosu Ceirna oraz prostego zaklęcia – magicznych pocisków, które wystrzeliły wściekle z karwaszy majora. Jednak większość z nas została śmiertelnie ranna w trakcie walki, a sam Armand Veris, nim walka zdołała w pełni się rozkręcić uciekł, detonując za sobą ładunki, które zrzuciły nas w przepaść razem z kowadłem.

Przeżyłem. Skorzystałem z pewnego potężnego zaklęcia obronnego, które szczęśliwie ostatnio sobie przypomniałem. Pozwalało mi ono przeżyć rzeczy niemożliwe do przeżycia – w dużej mierze, dlatego, że otaczało mnie magmową skałą. Revenant już był martwy, więc niewiele mogło mu się pogorszyć. Mutanta uratowały jego gumowe kości a Lenę i Harlana czysty łut szczęścia, którego niestety zabrakło nam na górze. Kolejny towarzysz poległ – James Anders leżał martwy bez cienia życia w sobie. Jakkolwiek brutalnie to zabrzmi, to nie miałem czasu na przejmowanie się tym. Kowadło było pęknięte i energia z niego uciekała z każdą minutą. Otoczyłem je swoją energią starając się spowolnić proces, poprzez magiczne zamknięcie obiegu, ograniczenie straty esencji. To niestety wyłączyło mnie z wydarzeń na chwilę, gdy jednak do nich wróciłem, dołączyłem do dyskusji na temat miecza, którego powinniśmy wykuć. Na początku optowałem za Idącym przez Popioły, jednak kilka uwag nieoczekiwanego gościa zmieniło moją perspektywę. Skoro obawialiśmy się, że nasi przeciwnicy mogą przejąć nasz miecz i wykorzystać go przeciwko nam, to czy nie najlepiej jest mieć ostrze najpotężniejsze? Wtedy będzie najłatwiej się obronić przed takim manewrem. Nie wspominając już o tym, że Idący byłby wręcz idealną bronią dla Patricka, na co na początku nie zwróciłem uwagi. Niemal jednomyślnie, w opozycji jedynie do Inkwizytora, zdecydowaliśmy by połączyć trzy brzytwy. Powstał z nich potężny artefakt, który jak się potem okazało zwał się Sumienie z Popiołów.

Nim poobijani, zmęczeni, ranni i z kolejnym martwym towarzyszem wróciliśmy do obozu miało miejsce jeszcze jedno niezwykle istotne wydarzenie. Lazarius powrócił do nas. Przestał być martwą skorupą a znowu stał się człowiekiem. Może i starym i posiniaczonym, może i pomarszczonym jak wyschnięta śliwka, może i czasem błądzącym we mgle, ale był człowiekiem. Helm wysłuchał jego modlitwy. Mam nadzieję, że Lazarius sprosta zadaniu, które mu powierzyliśmy – daliśmy mu bowiem Sumienie z Popiołów, uznając go za najbardziej godnego do niesienia tego ostrza.

Gdy wróciliśmy do obozu czekała na nas porcja dobrych wieści. Okazało się, że Lordowi Assasynowi udało się pojmać Armanda Verisa wraz z załogą kilku statków i samymi okrętami. Co więcej, odnalazła się tam Ada Veris. Musiałem przyznać, że byłem niezwykle pozytywnie zaskoczony. Tak daleko jak sięgałem pamięcią, to nasze porażki raczej skutkowały pogłębianiem się klęski i rozpaczy. Najwyraźniej jednak Veris nie wyszedł do końca zwycięsko z pojedynku – musiał być naprawdę rozkojarzony. Miałem wielką ochotę udusić w przyjacielskim uścisku Lorda Assasyna Shadoware, nie było to jednak możliwe.

I tu powinien kończyć się ten wpis w dzienniku.

Ale się nie kończy.

Bo, jakkolwiek możecie być wielkimi badaczami, znanymi bohaterami, arcymagami zapomnianych cywilizacji, mrocznymi illithidami, to nie widzieliście w swoim całym życiu, podczas całej swojej egzystencji, jednego.

Głodnego Lazariusa de Val, Idącego przez Popioły, Inkwizytora, bohatera Krain, który pomimo największych chęci nie był w stanie ukryć swojego apetytu.

View
Zaginione zapiski Avona II

II

Po podróży, trwającej ponad dwa tygodnie, w końcu zbliżyliśmy się do naszego celu. U podnóża ogromnej góry znajdowały się obozy trzech sił. Twierdza Klanu Białego Wilka, potężna, murowana oraz chroniona Energią Tytanów forteca, która była naszym celem. Nieźle ufortyfikowany obóz Przymierza i Thana, w którym zgromadzono cztery i pół tysiąca żołnierzy. Choć część z nich była weteranami Przymierza jeszcze z czasów walk z Upadłym Królem, wielu z nich stanowiła straż pałacowa ludzi Thana Avalora – ludzie, którzy nawet, jeżeli byli dzielni, to zdążyli obrosnąć w tłuszcz na swoich dotychczas leniwych stanowiskach. Poniżej naszego obozu znajdowały się połączone siły Hrabiego oraz Barona – byliśmy, więc otoczeni i ewentualność walki na dwóch frontach spędzała sen z powiek pułkowniku Reevesowi. Wylądowaliśmy.

Niemal natychmiast połączyłem się z towarzyszami, których opuściłem, niektórych jeszcze w Matrad – Harlanem oraz Leną. Lena nie wydawała się być jakoś niezwykle szczęśliwa – została sprowadzona do obozu siłą, na polecenie kapitana. Niezależnie od jej humorów mogła się okazać niezwykle cennym sojusznikiem – Złota Fala jest potężną substancją. Po wymieniu kilku zdań z Mavrickiem – którego Par bardzo nie lubił, wręcz nie znosił – udaliśmy się do namiotu, w którym znajdował się jeszcze jeden kompan – mutant Keaernn wraz z Egzekutorem, z którym to wspólnie walczyliśmy pod Wieżą Obserwatora. Cern zmienił się trochę od naszego ostatniego spotkania – jakby wychudł, wydłużył się, a jednocześnie nadal wyglądał na niezwykle twardego, na siłacza o budowie atlety. Był on więziony w areszcie domowym do czasu powrotu kapitana. Zapobiegł on morderstwu Thana Avalora, informując straże o ewentualności ataku. Wkrótce na polecenie kapitana do naszego namiotu przybyła reszta naszych dobrych towarzyszy broni – których, niestety, poza Złotym Liściem nie znałem. Był wśród nich Ostatni, dziwna postać mówiąca o pieśniach, oraz oficer Przymierza James Anders. Złoty Liść dzielnie służył i spełniał polecenia Leny – w końcu zawsze służył Stignarytom, nie było to jakoś niezwykle dziwne – choć i tak zaskoczyło mnie to w pierwszym momencie. Później okazało się, że jest z nami jeszcze jedna postać – Lord-Assasyn Shadowe, pomrok, nadal przekonany o istnieniu Netherilu, sługa Karsusa. Niestety, szybko dowiedział się o tym, że Netheril nie istnieje, szczęśliwie zaś nadal nie wie, że to ja i Lazarius zabiliśmy Karsusa, gdy ten próbował powrócić. Caern chyba nie ma świadomości albo nie pamięta, że to zrobiliśmy – i dobrze, bo jego kategoryczne poczucie honoru kazałoby mu od razu poinformować Lorda o tym fakcie, co mogłoby sprowadzić na nas śmierć, zmniejszając tym samym szanse na sukces w oczekującym na nas zadaniu.

Inkwizytor wraz z Harlanem zaczęli przedstawiać, co, gdzie i jak dowiedzieli się w czasie ich wizyty do drugiej Syntherii. Powiedzieli o spotkaniu Magnusa, o przedstawionym przez niego planie. Tu wywiązała się długa i dość bezowocna dyskusja na temat pomysłu Magnusa uwolnienia Koszmarów, by te zgładziły mieszkańców Zakhary. Starałem się odwrócić bieg rozmowy na inne tory, tak by skupić się na tym, co tu i teraz, co czeka nas za kilka godzina a nie za wiele dni, tygodni, miesięcy, czy nawet lat. Jednak zanim mi się to

udało to Inkwizytor zdążył zrazić do siebie chyba wszystkich w namiocie, no może poza Złotym Liściem, gdyż ten go nie lubił od samego początku. W każdym razie postawa Lazariusa wymaga dłuższego komentarza. Znałem Inkwizytora od lat, przeszedłem z nim Faerun wzdłuż i wszerz, widziałem zarówno jego sukcesy jak i klęski, poznałem go z wielu stron, w wielu sytuacjach. Zawsze był zdeterminowany by osiągnąć cel wszelkim kosztem, ale nigdy do takiego stopnia jak obecnie. Forma, w której znajduje się Lazarius wyrządziła olbrzymie szkody jego moralności. Pozbawiony jest skrupułów i ocenia słuszność swoich działań nie bacząc na czynniki ludzkie. Nigdy nie upadł tak nisko jak teraz. Wiem, jako jego wieloletni kompan, że dawniej rozważałby możliwość uwolnienia koszmarów, ale pragnąłby jej uniknąć ze wszystkich sił. Nie podkreślałby faktu, że dopuści się takiego czynu, a raczej zwracałby uwagę, że trzeba szukać innych możliwości. Tak właśnie postępowała reszta drużyny, odrzucając możliwość wymordowania wszystkich mieszkańców Zakhary. Z Lazariusem jest źle, a może być jeszcze gorzej. Jeżeli ten sposób myślenia będzie postępować, z cennego sojusznika stanie się obłąkanym wrogiem, którego trzeba będzie spacyfikować – dla jego własnego dobra. Ostatecznie jednak udało się zmienić tor rozmowy i skupiliśmy się na naszym obecnym celu – nadal jednak zmieszani i zniesmaczeni retoryką Lazariusa. Ruszyliśmy ku naradzie wojennej.

Po przedstawieniu nam sytuacji przez pułkownika i Thana zostaliśmy pozostawieni sobie samym. Z początku Kaern nie dołączył do nas, w końcu jednak również on zasiadł w obradach, a przekonany przez Egzekutora zgodził się nawet wspomóc nas swoim ostrzem. Długo zastanawialiśmy się jak zaplanować nasz szturm. W końcu zdecydowaliśmy się podzielić na kilka grup uderzeniowych. By spacyfikować obóz Barona i Hrabiego, Lazarius wraz z Leną rozłożyli materiały wybuchowe, tak by te po zdetonowaniu wywołały lawinę mająca na celu zawalenie drogi do naszych fortyfikacji. Reszta z naszych poszła porozmawiać z niedoszłym zabójcą Thana, Czerwoną Szarfą. Ja i Inkwizytor byliśmy przekonani, że zabiliśmy go wiele lat temu, jednak jego niezwykła regeneracja pozwoliła mu przeżyć rzeczy niewyobrażalne. Był on groźnym, potężnym i nieobliczalnym przeciwnikiem, który groził zabójstwem kilku setek naszych, a na potwierdzenie swej siły zerwał jeden z łańcuchów, który go więził. Cern proponował mu pojedynek, on jednak nie był nim zainteresowany. Zresztą, Kaern był przekonany o bezbronności Szarfy, gdy ten znajdował się w klatce. Ja jednak tak nie uważałem. Jeżeli ktoś jest w stanie zerwać łańcuch z hartowanej stali, jeżeli ktoś jest w stanie przeżyć poszlachtowanie na dziesiątki kawałków to nigdy nie jest bezbronny. Ponadto mówił, że zabiję trzy setki naszych, czego Cern zdawał się w ogóle nie dostrzegać w swojej ocenie jego osoby. W związku z powyższym chciałem go uśmiercić, a przynajmniej tymczasowo znokautować, by nie stanowił dla nas zagrożenia. Niestety, moja magia okazała się nieskuteczna – pomimo perfekcyjnej koncentracji, dopieszczonych gestów i pokładów determinacji kolejne zaklęcia nikły nim dotarły do celu. Ostatecznie kapitan Par wystrzelił trzykrotnie ze swej kuszy, w głowę i oba serca mutanta – zgodnie z radą Lazariusa, który wrócił w międzyczasie. Po wszystkim zrzuciliśmy ze zbocza klatkę, w której Czerwona Szarfa się znajdował – tak by opóźnić jego ewentualne działania jeszcze bardziej.

Mogliśmy przystąpić do wykonywania planu.

Który posypał się już na samym początku. Dziesiątka potężnych barbarzyńców Klanu Białego Wilka powstała ze śniegu atakując kapitana wraz z jego obstawą – pięćdziesiątką doborowych strzelców, marines. Byli oni pierwszą falą uderzeniową, jednak zostali zdziesiątkowani. Wszyscy, co do jednego, padli na ziemię, martwi lub umierający. Łamiąc wcześniejsze postanowienia ruszyliśmy – znaczy ja, Lazarius, Lena oraz Egzekutor, z odsieczą żyjącemu, acz ciężko rannemu Harlanowi. Wspólnymi siłami udało nam się pokonać siły wroga, w dużym stopniu dzięki niesamowitemu popisowi Egzekutora, który w ciągu kilku oddechów powalił swoim ostrzem szóstkę napastników. Po wzmocnieniu kapitana eliksirami i sporządzeniu prowizorycznego bandażu ruszyliśmy w dalszą drogę, ku bramie, wspomagani półtorej tuzina marines, którzy do nas dołączyli. Morale sięgało niemal dna, a Par nie był w stanie przemówić do ludzi, tak by ich zmotywować, krzyknął jedynie „za Przymierze”. Z mojego dotychczasowego doświadczenia wynika, że w takich sytuacjach trzeba czegoś więcej by przekonać żołnierzy do samobójczej walki. Nie chcę wchodzić w kompetencję naszego oficera, niezależnie jednak uważam, że krótkie przedstawienie, za co i dlaczego walczymy mogłoby korzystnie wpłynąć na naszych ludzi. Wystarczyłoby im przypomnieć, że walczą za swoje rodziny, dzieci, za swoich bliskich i przyjaciół, że przejęcie kopalni i twierdzy pozwoli znacznie osłabić Zakharę, a tym samym obroni Krainy. Niestety, do takiej mowy nie doszło a my ruszyliśmy naprzód. Od tej pory szczęście zaczęło nam bardziej dopisywać. Dzięki mojej magii oraz umiejętnościom kapitana, skutecznie zmasakrowaliśmy siły barbarzyńców na murze, dokonaliśmy udanego szturmu i otworzyliśmy bramę. W tym samym czasie Keirne zniszczył generator maskujący napędzany Energią Tytanów, co okazało się niezwykle pomocne. Dzięki temu nasza flota mogła dokonać bombardowania, a my mogliśmy skoczyć przez migoczącą barierę. Tam stoczyliśmy walkę z Białym Wilkiem – potężnym przeciwnikiem, chronionym niezwykłą magią objawień, któremu towarzyszył dorosły, biały smok. Choć może to się wydać nieprawdopodobne, dzięki odrobinie szczęścia, sporej dawce umiejętności i koordynacji działań, wspólnymi siłami – wraz z Cairnem, który do nas dołączył, pokonaliśmy zarówno groźnego barbarzyńcę jak i smoka, który zmiękczony ogniem i ugodzony bełtem stracił równowagę lotu, wpadając na twierdzę i krusząc jej mury. W tym momencie, na wskutek huku, ciężaru i zniszczeń, rażeni falą uderzeniową padliśmy na ziemię tracąc na chwilę przytomność.

View
Zaginione zapiski Avona I

I

Każda historia musi się gdzieś zacząć. Ta niestety będzie mieć to do siebie, że zacznie się w środku, w samym wirze wydarzeń, przepełniona będzie chaosem, niedomówieniami i mnóstwem nazwisk, krain i imion, które nic nie mówią przeciętnemu Faeruńczykowi. Ale nie lękajcie się dzielni czytelnicy. Waszym przewodnikiem w tym całym zamieszaniu będę ja, Arcymag Avon Dartain, najmężniejszy z bohaterów, którego niezwykła potęga umysłu byłaby w stanie stopić skałę. U mojego boku podróżowali najznamienitsi tego świata – tacy jak Inkwizytor Lazarius de Val czy słynny na krainy szermierz Kern. Albo Cern. Caern? Cearn? Nigdy nie pamiętałem, jak zapisywać to obco brzmiące i szorstkie imię. W każdym razie, ta historia zaczyna się nieopodal jednej z bram Szarej Straży, na terenach dawnych królestw Nog i Kadar, w Pradawnej Puszczy. No, i o czym nie wspomniałem wcześniej, w Zakharze – kontynencie na zachód od Faerunu. Pomijając zupełnie nieistotną historię tego jak i dlaczego tam się znalazłem (być może po części, dlatego, że sam tego nie wiedziałem) chciałbym kontynuować opowieść. By dotrzymać danego słowa i ulżyć starszemu człowiekowi, którego wcześniej uratowaliśmy, zdecydowałem się dołączyć do Szarej Straży, po to byśmy mogli wspólnie, wraz z Inkwizytorem, panią Magister Adą Veris oraz jeszcze nie kapitanem a już nie komandorem Harlanem Par, przejść przez Szarą Bramę – potężną magiczną barierę napędzaną Energią Tytanów, od której biła magia starożytnego Netherilu, której ślady na ojczystym kontynencie były coraz rzadsze i bardziej zatarte. Brama ta wyglądała jednak na w pełni sprawną. Wstąpienie do Szarej Straży, moje przeistoczenie, z powodu wypicia eliksiru zawierającego krew pomiotu, pozwoliło ruszyć nam dalej. Po krótkim spotkaniu z koszmarami, nasze drogi rozdzieliły się na rozstaju. Ja miałem ruszyć lewą stroną traktu, ku oczekującej mnie próbie Szarej Straży. Reszta zaś, na czele z Lazariusem, który odnalazł ślady po niedawnym obozowisku – najprawdopodobniej Magnusa – ruszyła jego tropem.

Jakkolwiek nigdy nie spodziewałem się zostać Szarym Strażnikiem i było to dla mnie doświadczenie zupełnie nowe, musiałem przyznać, że zmiany, które zaszły w moim organizmie na wskutek wypicia eliksiru znacznie mnie wzmocniły, szczególnie w kwestii walki z pomiotami. Potrafiłem wyczuwać ich obecność, wiedziałem, kiedy się zbliżają a kiedy nikną głębiej w lesie. Mój wzrok przyzwyczaił się do cienia i nawet w nocy, w niemal zupełnej ciemności, cały czas widziałem. Nie dostrzegałem co prawda kolorów, wszystko było w odcieniach szarości, bez trudu jednak spostrzegałem ruch. Byłem również zadziwiony tempem zmian fizycznych, które zaszły w moim organizmie. Czułem się silniejszy, miałem więcej krzepy, dłuższy oddech. Zastanawiałem się dokładnie, jakie zmiany we mnie zaszły, był to jednak temat na przyszłe przemyślenia. Wkrótce miałem okazję wykorzystać nowo nabyte umiejętności. Szóstka koszmarów zaatakowała mnie, gdy przeszukując torbę martwego Szarego Strażnika natrafiłem na obsydianową czaszkę, przypominającą głowę rzygacza. Poradziłbym sobie z nimi bez większych problemów – gdyby nie to, że jeden z nich przeżył pierwszą falę ognistego piekła i ruszył na mnie z całym impetem. Szczęśliwe, jakkolwiek zdołał poważnie poparzyć moją rękę swoim splugawionym ogniem, prędko zakończył swój żywot – jeżeli można tymi słowami określić marną egzystencję, jaką

prowadził. Wziąwszy czaszkę ze sobą i przeszukawszy pozostałe torby ruszyłem dalej, trochę zmartwiony swoją raną. Szczęśliwie, odkąd miałem czaszkę otaczający mnie las stanął po mojej stronie, znacznie przyśpieszając moją podróż i pozwalając mi nie przejmować się koszmarami. Blokował, miażdżył i odganiał on pomioty z drogi za pomocą koron, konarów i gałęzi. Już nieniepokojony dotarłem do olbrzymiej konstrukcji, od której biła Netherilska magia. Na jej szczycie znajdował się olbrzymi głaz przypominający menhir. Wejścia do kompleksu strzegły dwa posągi przedstawiające zakapturzone postacie. Jedyna droga prowadziła w głąb – nie zastanawiając się długo, ruszyłem do środka, uważając na posągi, gdyż obawiałem się, że mogłyby one ożyć. W środku, mijając kolejne surowe posągi trafiłem do pomieszczenia, które było znacznie bardziej intrygujące. Na jego środku znajdował się ochronny krąg, najpewniej wiążący coś w środku lub broniący od czegoś na zewnątrz. Uwagę zwracał olbrzymi, pełen detali, piękny, uchwytujący niesamowitość falujących włosów posąg kobiety. Ponadto były tam dwa gargulce, oba z odrąbanymi głowami. Zdobyta wcześniej obsydianowa głowa pasowała do nich kształtem. Nie widząc innego wyjścia z sytuacji, połączyłem najpierw pierwszą głowę z korpusem a potem drugą, którą podniosłem, gdyż leżała u podnóża jednego z rzygaczy. Krąg zaczął jarzyć się wieloma kolorami. Trapiony wątpliwościami, zdecydowałem się na wejście w niego, myśląc, że może służyć do obrony przed gargulcami, które zdawały się ożywiać. Okazało się to jednak błędem – po wejściu w krąg zostałem przeniesiony do pustki, w której stoczyłem walkę z pomiotem – obrzydliwej postaci pełnej jadu, z której piersi sączył się kwas. Przypominała pająka, jednak miała sześć par odnóży, które mogły się zmienić w śmiertelne kosy. Szczęśliwie wyszedłem z walki zwycięsko, uświadomiła mi ona jednak, jak wiele zapomniałem w trakcie swojego pięćdziesięcioletniego pobytu w niebycie. Była to jednak zbawienna lekcja i doprowadziła do tego, że w szybkim tempie zacząłem odzyskiwać swoje dawne zdolności. Po stoczonej walce obudziłem się w kwaterach Szarej Straży.

Okazało się, że zabiłem Koszmar Cesarzowej, co czyniło mnie Wybrańcem, który ma zgładzić Koragga, najpotężniejszego pomiota. Jak się później dowiedziałem oznaczało to również, że mam udać się do Wyroczni i zgładzić Cesarzową. Przewodnik, przywódca Szarej Straży, zaryzykował wiele wysyłając mnie do Tayaraan, gdzie dowiedziałem się więcej o swoim naznaczeniu od Rodericka, doradcy Thana Avalora. Przepowiednia mówiąca o wybrańcu była starsza od Coraga. Moim celem było udanie się do Wyroczni – potężnej istoty będącej lustrzanym odbiciem Cesarzowej. Było to dla mnie przytłaczające, nigdy jednak nie należałem do osób, które martwiły się na zapas. Jeżeli Cesarzowa chcę mnie zgładzić to będzie się musiała postarać – sam do niej nie przyjdę a z jej sługami będę walczyć do ostatniego podmuchu ognia i ostatniej kropli krwi. W Tayaraan połączyłem się z Lazariusem i poważnie ranną Adą Veris. Ta druga została zabrana przez Mavricka – postać mi wtedy nieznaną, prawą rękę Magnusa. Lazarius lakonicznie podzielił się ze mną garścią informacji, po czym zabrał się do przesłuchiwania akolity Słyszących. Dowiedział się od niego wiele, gdyż ten dzielił się wszystkimi dostępnymi mu informacjami. Gdy po wszystkim usłyszałem, że Lazarius pragnie go zgładzić, wzbudziło to mój sprzeciw – Inkwizytor dał mu słowo, że puści go wolno. Jakkolwiek było to dość ryzykowne i po części lekkomyślne, nie uważałem, by
zasługiwał na taki los i koncertując swoją magię przeteleportowałem go poza mury miasta. Wkrótce, wraz z Lazariusem, ruszyłem na statku na daleki, mroźny północny-wschód, gdzie czekała na mnie Wyrocznia, a na nas – Biały Wilk i walna bitwa.

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.